sobota, 25 sierpnia 2012

Litang - najwyzej polozone miasteczko w chinach

Droga do litangu nie nalezala do przyjemnosci. Z tagongu wyruszylismy z grupa turystow z izraela. Znalezienia transportu z wioski okazalo sie banalne. Po godzinie jazdy znalezlismy sie w miasteczku Xinduqiao, gdzie mielismy wynajac busa do Litangu. I zaczely sie problemy..tybetanscy kierowcy zmowili sie ze soba i zadali absurdalnie wysokiej zaplaty. My zachowalismy spokoj , ale nasi wspoltowarzysze zrobili awanture..po trochu ich rozumiem. Cena zmieniala sie dwukrotnie jak siedzielismy juz zapakowani w busie. Na szczescie z pomoca przyszedl nam przypadkowo spotkany Chinczyk. Zalatwil transport do innej miejscowosci ale na trasie do litangu. Juz po 2 h ruszylismy! Droga prowadzila przez przelecze na wysokosci 4000m i nad przepasciami. Stan drogi pozostawial noestety wiele do zyczenia..srednia dopuszczalna predkosc to 20km/h. Z tego powodu oraz przez zatory i awarie auta ponalismy dystans 100 km w ciagu 15 h. Niech zyje przygoda!:-D
W litangu nastepnego dnia czekala nas nagroda. Sloneczko! Po sniegu nie zostal nawet slad. Wyruszylismy z rana w kierunku miejscowego klasztoru buddyjskiego. Byl to strzal w dziesiatke. Monastyr jest polozony w.pieknym miejscu, gorujac nad miasteczkiiem.Mnisi cicho intonujac swoje modlitwy oraz tajemnicza atmosfera panujaca w starej swiatyni zrobily na nas ogromne wrazenie. W dalszej czesci kompleksu spotkalismy na.swej drodze mnostwo dzieciakow, bedacych adeptami i uczacych sie na terenie monastyru. Mali mnisi byli zachwyceni nasza obecnoscia i niektorzy chetnie dawali sie fotografowac. Ich opiekun mial komorke z aparatem i nie pozostal nam dluzny :-) china mobile dotarlo juz wszedzie! Po zwiedzaniu kompleksu zdalismy sobie sprawe ze chyba czegos nam brakuje.. Soft zostawil statyw w barze a Qcej zgubil przewodnik, jedyne nasze zrodlo informacji o Chinach. Nie obylo sie bez stresu ale wszystko odnalezlismy. Przewodnik spokojnie przelezal sobie na ulicy, w miejscu gdzie sie przebieralismy. Zatem moglismy ruszac w gory polozone nad miastem. Kawalek na szczyt jednej kopki polozonej na wys 4500 byl cholernie wyczerpujacy. Wysokosc jednak daje w kosc, szczegolnie tym, ktorzy nie sa zaklimatyzowani. Jednak widoki z gory byly genialne. Piekne parowy i gory na horyzoncie byly oswietlone cieplym kontrastowym swiatlem. Na szczycie znajdowala sie dziwna kknstrukcja z roznobarwnych choragiewek pokrytych modlitwami, ktore lopotaly na wietrze. Naprawde hipnotyzujacy widok! Po paru godzinach podziwiania panoramy zeszlismy na dol w towarzystwiw stada jakow. Dzien byl naprawde udany. Wieczorem skoczylismy cos zjesc. Danie ktore nam podano bylo szczytem nieprzewidywalnosci miejscowej kuchni. Kurczak z chili byl raczej chili  z dodatkiem kurczaka. Caly ogromny talerz czerwonej palacej papryczki, w ktorej bylo trzeba bylo dlugo grzebac by znalezc choc kawalek miesa. Chcialbym zobaczyc miejscowych jak to jedza, bo dla nas, gdybysmy oproznili talerz, zakonczyloby sie to natychmiastowym zgonem z powodu perforacji zoladka.. Wiemy jedno, nigdy wiecej chili w Chinach!!! :-D

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witajcie Dzielni Zdobywcy Chin:)Wasz debiut w Wąwozie Skaczacego Tygrysa jak dla mnie imponujący:)Niesamowity posmak Chin dało zdjecie muru , teraz tez szukam zdjec na wys. 4000m- musi byc cudnie, ale tylko Waszym oczom dane, póki co..Ciesze sie razem z Wami z tej wspaniałej przygody!!!!!!!!!!mam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Codziennie przybiegamy na tę stronę:) czekamy:):)rodzinka

    OdpowiedzUsuń