piątek, 31 sierpnia 2012

Error;/

Drodzy czytelnicy,
pewnie zastanawiacie sie czemu od paru dobrych dni blog przestal funkcjonowac. Niestety mamy problemey ze sprzetem dzieki ktoremu moglismy na bierzaco dzielic sie z Wami wrazeniami. Staramy sie wszystko to co widzimy i na wlasnej skorze przezywamy zapisywac ale wszystko wskazuje na to  ze opowiemy wszystko ze szczegolami dopiero po powrocie.
Zalujemy bo nawet kilka postow mielismy juz gotowych do opublikowania.
Jeszcze zeby Was tylko uspokoic: zyjemy, mamy sie dobrze, smakujemy niebianskiego zarcia i zachwycamy sie widokami. Jestesmy w Yunnanie a za nami: Deqin (3 dniowy wypad w gory > zaliczylismy nawet wysokosc 4700:), tytulowy 'Wawoz skaczacego tygrysa' (2 dniowa wycieczka) i aktualnie przebywamy w niezwyklae przytulnym hostelu w Lijangu (jestesmy bo przepysznym zarciu i zaraz idziemy spac). W nd wyruszamy z Kunmingu w kierunku Guillinu.

Wasi wariaci Soft&Qcej

PS jutro zamiast posta moze uda nam sie wyslac Wam pare zdjec...

sobota, 25 sierpnia 2012

Litang - najwyzej polozone miasteczko w chinach

Droga do litangu nie nalezala do przyjemnosci. Z tagongu wyruszylismy z grupa turystow z izraela. Znalezienia transportu z wioski okazalo sie banalne. Po godzinie jazdy znalezlismy sie w miasteczku Xinduqiao, gdzie mielismy wynajac busa do Litangu. I zaczely sie problemy..tybetanscy kierowcy zmowili sie ze soba i zadali absurdalnie wysokiej zaplaty. My zachowalismy spokoj , ale nasi wspoltowarzysze zrobili awanture..po trochu ich rozumiem. Cena zmieniala sie dwukrotnie jak siedzielismy juz zapakowani w busie. Na szczescie z pomoca przyszedl nam przypadkowo spotkany Chinczyk. Zalatwil transport do innej miejscowosci ale na trasie do litangu. Juz po 2 h ruszylismy! Droga prowadzila przez przelecze na wysokosci 4000m i nad przepasciami. Stan drogi pozostawial noestety wiele do zyczenia..srednia dopuszczalna predkosc to 20km/h. Z tego powodu oraz przez zatory i awarie auta ponalismy dystans 100 km w ciagu 15 h. Niech zyje przygoda!:-D
W litangu nastepnego dnia czekala nas nagroda. Sloneczko! Po sniegu nie zostal nawet slad. Wyruszylismy z rana w kierunku miejscowego klasztoru buddyjskiego. Byl to strzal w dziesiatke. Monastyr jest polozony w.pieknym miejscu, gorujac nad miasteczkiiem.Mnisi cicho intonujac swoje modlitwy oraz tajemnicza atmosfera panujaca w starej swiatyni zrobily na nas ogromne wrazenie. W dalszej czesci kompleksu spotkalismy na.swej drodze mnostwo dzieciakow, bedacych adeptami i uczacych sie na terenie monastyru. Mali mnisi byli zachwyceni nasza obecnoscia i niektorzy chetnie dawali sie fotografowac. Ich opiekun mial komorke z aparatem i nie pozostal nam dluzny :-) china mobile dotarlo juz wszedzie! Po zwiedzaniu kompleksu zdalismy sobie sprawe ze chyba czegos nam brakuje.. Soft zostawil statyw w barze a Qcej zgubil przewodnik, jedyne nasze zrodlo informacji o Chinach. Nie obylo sie bez stresu ale wszystko odnalezlismy. Przewodnik spokojnie przelezal sobie na ulicy, w miejscu gdzie sie przebieralismy. Zatem moglismy ruszac w gory polozone nad miastem. Kawalek na szczyt jednej kopki polozonej na wys 4500 byl cholernie wyczerpujacy. Wysokosc jednak daje w kosc, szczegolnie tym, ktorzy nie sa zaklimatyzowani. Jednak widoki z gory byly genialne. Piekne parowy i gory na horyzoncie byly oswietlone cieplym kontrastowym swiatlem. Na szczycie znajdowala sie dziwna kknstrukcja z roznobarwnych choragiewek pokrytych modlitwami, ktore lopotaly na wietrze. Naprawde hipnotyzujacy widok! Po paru godzinach podziwiania panoramy zeszlismy na dol w towarzystwiw stada jakow. Dzien byl naprawde udany. Wieczorem skoczylismy cos zjesc. Danie ktore nam podano bylo szczytem nieprzewidywalnosci miejscowej kuchni. Kurczak z chili byl raczej chili  z dodatkiem kurczaka. Caly ogromny talerz czerwonej palacej papryczki, w ktorej bylo trzeba bylo dlugo grzebac by znalezc choc kawalek miesa. Chcialbym zobaczyc miejscowych jak to jedza, bo dla nas, gdybysmy oproznili talerz, zakonczyloby sie to natychmiastowym zgonem z powodu perforacji zoladka.. Wiemy jedno, nigdy wiecej chili w Chinach!!! :-D

Pierwszy snieg - posmak Tybetu

Nie przepadamy za takmi pobudkami - 5 rano, wyrazny chlod odczuwalny w pokoju a do tego jeszcze pada. Podrozowanie jest na swoj sposob walka rowniez tym wymiarze kiedy zastanawiasz sie czy na prawde trzeba juz wyjsc spod rozgrzanej koldry...
Pocieszalismy sie mysla ze trud mialy nam wynagrodzic piekne trasy w Tagongu - niewielkiej tybetanskiej wiosce polozonej na wys 3700 m ( Kunming byl na 2600 wiec stopniowo aklitmatyzujemy sie do wysokosci) otoczonej kompleksem klasztorow-jednym slowem mielismy doswiadczyc ducha Tybetu...
Deszcz ktory towarzyszyl nam przez pierwsza czesc trasy stopniowo zaczal zamieniac sie w deszcz ze sniegiem a na miejscu okazalo sie ze gory pokrywala kilku centymetrowa warstwa sniegu. Snieg nie stanowil problemu natomiast temperatura na zewnarz juz tak - nie bylismy za bardzo przygotowani na mroz a to dopiero poczatek.
Z przystanku zgarnela nas przemila(przynajamniej tak sie wydawalo bo oczywiscie komunikowalismy sie niezawodnym migowym) Tybetanka i zaoferowala dwuosobowy pokoik w centrum.
Standard nie powalal ale elektryczne koce w lozkach byly bardzo przekonujace.
Po szybkim ogarniciu sie wyskoczylismy na snidanie do Mekki turystow w tej miejscowosci-restaracyjki prowadzonej przez Amerykanke mieszkajaca w Tagongu od paru dobrych lat ze swoim mezem Tybetanczykiem. Poczestowalismy sie angielskim sniadaniem i herbata po tybetansku( herbata z mlekiem jaka ala 'bawarka' i szczypta soli). Angela podzielila sie z nami kilkoma wskzowkami co do hikingu po okolicznych gorkach i nie tracac czasu ruszylismy.
Niestety pogoda nie dawala za wygrana i po kilku godz wedrowki ,po zaliczeniu kolejne herbatki, postanowilismy odpuscic.
Popoludniu zwiedzialismy lokalna klasztor buddyjski a wieczorem (po dobrych wspomnieniach ze sniadani) odwiedzialismy Angele. Kolacje (pierogi po tybetansku-momosy) zjedlismy w przemilym towarzystwie przypadkowo spotkanych Polakow mieszkajacych i studiujacych w Chinach.
Poniwaz prognozy nie zapowaiadly upragnionego slonca postanowilismy nazajutrz ruszyc dalej w droge- kierunek Litang ( wspinamy sie do miasta polozonego na wys 4100!)
Zapomnielibysmy wspomniec-wspinaczka na tych wysokosciach to powazne wyzwanie. Kolatanie serca i szybki gleboki oddech (a mimo to musielismy sie co chwila zatrzymywac) to nic najgorszy byl bol glowy ktory meczyl qceja. Aklimatyzacja to podstawa bierzemy grecznie diuramid na chorobe wysokogorska i do przodu.

Jeszcze jedno wybaczcie ze piszemy z opoznieniem ale nie mielismy pradu, dostepu do prysznica ani internetu przez ostatnie dni. Obiecujemy poprawe o ile beda takie mozliwosci!

wtorek, 21 sierpnia 2012

Chengdu i Kunding. W Chinach zyje sie co najmniej kilka razy...:-P

O wstepnych wrazeniach z jazdy pociagiem juz wspomnielismy. W trasie niewiele sie zmienilo jezeli chodzi o komfort: na zmiane kladlismy sie w przejsciu by po chwili wstac i przpuscic jeden za drugim te 200 osob w wagonie ktore w tym samym czasie nabawilo sie zapalenia pecherza (powaznie te same twarze budzily nas co 20 min z usmiechem na twarzy bo musialy isc za potrzeba- teraz pomnozcie sobie cos takiego razy 200 i juz mozecie sobie wyobrazic ze nasze zapasy przyklejonych usmiechow na twarzach szybko zaczynaly sie kurczyc:-P) Nie wspomnimy juz o powtarzajacych sie w nieskonczonosc wizytach kucharek z wozkami z zarciem ktorymi z usmiechem na twarzy taranowaly nas przy kazdej rundzie przez wagon ( czyli cojakies pol godziny) Moglibysmy dlugo opisywac te podroz.
W koncu na 5h przed chengdu udalo nam sie usiasc dzieki temu ze pociag opuscilo jakies 100 tys Chinczykow:-P
W Chengdu wyladowalismy o 23 a poniewaz mielismy zarezerwowany tam wczesniej nocleg juz o 1 kladlismy sie spac. 28 godzinny koszmar byl juz tylko (nawet zabawnym) wspomnieniem.
Nie mielismy okazji specjalnie zaprzyjaznic sie z miastem bo o 13 kolejnego dnia bylismy juz w drodze autobusem do Kundingu. Wlasciwie to chcileismy jak najszybcirj uciec od kolejnego wielkiego, zatloczonego miasta chinskiego. Po Pekinie pozostal nam niesmak i nie chielismy zeby kolejne miasto nas tak zameczylo.
Jazda autobusem w Chinach to najlepszy dreszcz emocji jakiego doswiadczylismy tu do tej pory. Nie sposob bylo skupic sie na lekturze bo non stop mielismy smierc przed oczami. To ze specjalnie nie przestrzega sie tu przepisow ruchu drogowego wiemy juz od przyjazdu do pekinu ale wyprzedzanie na zakrecie w ciemnym tunelu to juz przesada. Kilkakrotnie brakowalo ledwie caentymetrow od zderzenia z tirami. Powinnismy zaliczyc krakse co najmniej kilkakrotnie a zyjemy i mamy sie dobrze:-) Udowodnilo nam to ze Chiny zadza sie swoimi prawami (wlaczajac w to prawa fizyki).
Mamy wrazsnie ze nasza podroz zaczyna sie na dobre. Maja tu(tzn na skraju prowincji yunnan tybet i sichuan) swietne, tanie zarcie. Miejscowi (mieszanka tybetansko chinska) sa bardzio zyczliwi a co najwazniejsze natura zachwyca widokami.
Nie ma na co czekac, jutro ruszamy dalej w kierunku yunnanu:-)

niedziela, 19 sierpnia 2012

PS

Mamy problem z publikacja postow i zdjec. Wrzucilem przred chwila 2 posty w odwrotnej kolejnosci.
Wlasnie dojechalismy do Chengdu i padamy... 28 h pociagiem bez snu. Opowiemy jutro.

Naciagacz i swinskie flaki

Wstalismy wczesnie, za wczesnie biorac pod uwage ze siedzielismy do pozna przy piwie i drazylismy do pozna z naszym kolega ( pol brazylijczykiem pol holendrem) tematy o sensie zycia.
Dzis mielismy nasz bojowy chrzest w Chinach-targowalismy sie z Chinczykiem o cene podwozki na Mur Chinski. Jest caalkiem niezle bo zeszlismy niemalze do polowy ceny pierwotnej.
Mur Chinski bylby piekny gdybysmy mogli go ogladac o wschodzie slonca a tak przy 40 st upale i (oczywiscie) smogu (z ktorym wypada sie tu zaprzyjaznic) nie bylo oczekiwanego szalenstwa. Ale punkt programu zaliczony.
Po wycieczce skoczylismy do skromnie wygladajacego lokalu w pobliskim hutongu. Niewiele sie zastanawijac zamowilismy pierwsze lepsze rzeczy z menu z ktorego oczywiscie nic nie rozumielismy. Po chwili moglismy smakowac swinskie jelita i kurczaka z marchewka (jak sie okazalo po powrocie do hostelu). Smakowalo ale wczorajszej kaczki nic nie przebije. Wiecej wkrotce, lecimy na nocny rajd rowerem po centrum. Mamy nadzieje ze przezyjemy.
Zalaczamy zalegle zdjecia.

Zakazane miasto

Wczoraj wyjatkowo dlugo zwlekalismy sie z lozek. Poprzedni wieczor byl bardzo mily z dwoch powodow 1. tradycyjnie dzielilismy sie wrazeniami z dnia pelnego wrazen przy piwie na lokalnym hutongu 2 przyjemniejszy spedzilismy ten wieczor w towarzystwie przemilych francuzek. Rozmawialo nam sie na tyle dobrze ze wieczor nieco sie przeciagnal.
Przy poludniowej bramie Zakazanego Miasta zameldowalismy sie ok poludnia.
Zmeczenie dawalo o sobie znac i doczytywanie inf z lp raczej nie wchodzilo w rachube. Jedyna sensowna opcja bylo wypozyczenie audioprzewodnika z uwaga polskim lektorem. Ociwiccie pani tjoske kalecila ale i tak skorzystalismy.
Miejsce piekne ale podobnie jak cale chiny zawalone zoltymi. Probowalismy sobie wyobrazic jak ciekawie byloby tam w okresie posezonowym kiedy turystow jest mniej. Pytanie tylko czy istnieje taki okres dla chinczykow. Ich jest wszedzie zawsze pelno! I zaczyna nas to mocno meczyc... Skoro jestesmy juz przu nazekaniu may juz dosc smogu. 'mgla' ogranicza widocznosc do ok 300 m szczypie w oczy, czujemy dyskomfort w gardle.
Dzis z rana wyskoczylismy na rowery. Pomysl okazal sie.strzalem w dziesiatke i potwierdzilo sie ze zwiedzanie Pekinu na rowerze daje najwiecej wrazen. Polecemy wszystkim zapalencom chetnym do odwiedzenia tego na swoj sposob niezyklego miasta.
Potem bylo juz tylko gorzej. Nie udala nam sie popoludniowa wycieczka do dzielnicy artystycznej-chyba nie zdawalismy sobie sprawy z ogromnych odl w tym miescie ktore na mapie wygladaja bardzo niepozornie. W polowie drogi musielismy zawrocic bo nie zdazylibysmy na pociag.
To co zobaczylismy dzis w pociagu przroslo nasze najsmielsze ocekiwania... Nie dostalismy biletow na kuszetki. Zatem wiedzielismy, ze bedzie ciezko. Szykowalismy sie na 26-godzina podroz z miejscami stojacymi. Jednak chaos i ilosc ludzi w pociagu byly wrecz niewyobrazalne. Glowa przy glowie, scisk nie do opisania, a my jeszcze dodatkowo z wielkimi  plecakami. Znalezlismy sobie skrawek podlogi w przejsciu. Chinczycy jakos nas wymijali, depczac nas niemilosiernie. Gorzej bylo z kursujacymi po pociagu wozkami z jedzeniem. Musielismy podnosic pleceki nad nasze glowy i uciekac im z drogi tak co 5 minut.. W koncu udalo nam sie wepchnac je pod siedzenia i moglismy usiasc na podlodze. Jednak nie dane nam bylo spokojnie odpoczac. Zaczely sie pielgrzymki chinczykow do kibla i po zarcie. Mamy wrazenie,ze oni w pociagu tylko jedza i sraja. Kazda osoba w wagonie mijala nas choc raz, pchajac sie i zmuszajac nas do ciaglego wstawania.. Powiadam wam, apokalipsa :-D