sobota, 25 sierpnia 2012

Pierwszy snieg - posmak Tybetu

Nie przepadamy za takmi pobudkami - 5 rano, wyrazny chlod odczuwalny w pokoju a do tego jeszcze pada. Podrozowanie jest na swoj sposob walka rowniez tym wymiarze kiedy zastanawiasz sie czy na prawde trzeba juz wyjsc spod rozgrzanej koldry...
Pocieszalismy sie mysla ze trud mialy nam wynagrodzic piekne trasy w Tagongu - niewielkiej tybetanskiej wiosce polozonej na wys 3700 m ( Kunming byl na 2600 wiec stopniowo aklitmatyzujemy sie do wysokosci) otoczonej kompleksem klasztorow-jednym slowem mielismy doswiadczyc ducha Tybetu...
Deszcz ktory towarzyszyl nam przez pierwsza czesc trasy stopniowo zaczal zamieniac sie w deszcz ze sniegiem a na miejscu okazalo sie ze gory pokrywala kilku centymetrowa warstwa sniegu. Snieg nie stanowil problemu natomiast temperatura na zewnarz juz tak - nie bylismy za bardzo przygotowani na mroz a to dopiero poczatek.
Z przystanku zgarnela nas przemila(przynajamniej tak sie wydawalo bo oczywiscie komunikowalismy sie niezawodnym migowym) Tybetanka i zaoferowala dwuosobowy pokoik w centrum.
Standard nie powalal ale elektryczne koce w lozkach byly bardzo przekonujace.
Po szybkim ogarniciu sie wyskoczylismy na snidanie do Mekki turystow w tej miejscowosci-restaracyjki prowadzonej przez Amerykanke mieszkajaca w Tagongu od paru dobrych lat ze swoim mezem Tybetanczykiem. Poczestowalismy sie angielskim sniadaniem i herbata po tybetansku( herbata z mlekiem jaka ala 'bawarka' i szczypta soli). Angela podzielila sie z nami kilkoma wskzowkami co do hikingu po okolicznych gorkach i nie tracac czasu ruszylismy.
Niestety pogoda nie dawala za wygrana i po kilku godz wedrowki ,po zaliczeniu kolejne herbatki, postanowilismy odpuscic.
Popoludniu zwiedzialismy lokalna klasztor buddyjski a wieczorem (po dobrych wspomnieniach ze sniadani) odwiedzialismy Angele. Kolacje (pierogi po tybetansku-momosy) zjedlismy w przemilym towarzystwie przypadkowo spotkanych Polakow mieszkajacych i studiujacych w Chinach.
Poniwaz prognozy nie zapowaiadly upragnionego slonca postanowilismy nazajutrz ruszyc dalej w droge- kierunek Litang ( wspinamy sie do miasta polozonego na wys 4100!)
Zapomnielibysmy wspomniec-wspinaczka na tych wysokosciach to powazne wyzwanie. Kolatanie serca i szybki gleboki oddech (a mimo to musielismy sie co chwila zatrzymywac) to nic najgorszy byl bol glowy ktory meczyl qceja. Aklimatyzacja to podstawa bierzemy grecznie diuramid na chorobe wysokogorska i do przodu.

Jeszcze jedno wybaczcie ze piszemy z opoznieniem ale nie mielismy pradu, dostepu do prysznica ani internetu przez ostatnie dni. Obiecujemy poprawe o ile beda takie mozliwosci!

1 komentarz:

  1. Hej wspaniali młodzieńcy! Dziękujemy za super bloga. Dzięki Wam Chiny stają się bliższe. Wędrujcie bezpiecznie. Buziaki od rodzinki. :)
    - Qceje

    OdpowiedzUsuń